Sylwetki nauczycieli


Pani Kazimiera Starostka


Nauczyciel o wielkim sercu…

Latem siadywała na balkonie, wygrzewała się w promieniach słońca i odmawiała różaniec, podlewała kwiaty, słuchała śpiewu ptaków, czytała wiersze. Od wypadku w 1989 roku, mieszkanko w Domu Nauczyciela, z niewielkim „ogródkiem” – ot, kilka doniczek z ukochanymi roślinami, było jej całym światem – rzadko go opuszczała. Z trudem poruszała się po swoim królestwie ( bez wygód: telewizora, pralki, lodówki), najpierw o kuli, potem przytrzymując się różnych sprzętów, a wreszcie na kolanach.

„Zamknięta” w czterech ścianach, z sercem otwartym dla bliźniego do końca żyła sprawami innych, służyła radą i pomocą, nie myślała o sobie – pani Kazimiera Starostka.

Oto jestem

Przyszła na świat w Kalwarii Zebrzydowskiej w 1910 roku, młodość spędziła w Andrychowie, miasteczku koło papieskich Wadowic. Pochodziła z rodziny szlacheckiej. Jej tato był wysokim urzędnikiem państwowych, a mama nie pracowała i zajmowała się domem.

W rodzinnym gniazdku nie brakowało Kazi i jej rodzeństwu niczego (mimo I wojny światowej): zrozumienia, ciepła, miłości najbliższych, frykasów, opieki niani oraz guwernantki.

Mająca wiele wdzięku dziewczynka, nosiła eleganckie sukienki, płaszczyki, modne botki i jedwabne pończoszki.

„Przynajmniej dwa razy w roku odnawiano moją garderobę” – opowiadała mi kiedyś. „Wprost zasypywano mnie nowymi fatałaszkami i kosztownymi prezentami, chociaż tamte ubrania były prawie niezniszczone. Cieszyłam się wraz z siostrami bardzo, jak to dziecko. Szybko jednak dostrzegłam, ze moi rówieśnicy nie maja tego, co ja. Objadałam się słodyczami, a oni nie mieli na chleb. Od tego momentu starałam się rezygnować z wiosennego rytuału zakupów, dzieliłam się z dziećmi, czym tylko mogłam, a część swoich oszczędności przeznaczałam na potrzeby najuboższych. Rodzice byli dumni z mojej decyzji. Zapamiętaj, najważniejsze to widzieć drugiego człowieka!”

Praca? Nie, powołanie

Los rzucił ją do Luszowic w trudnych latach okupacji – 1943 roku. „taki pedagog, to prawdziwy skarb” – mawiali mieszkańcy naszej wioski.

Dama z miasta (kiedy jednak z kimś spotykała, nie stwarzała żadnego dystansu, ujmowała szczerością i dobrocią, potrafiła porozmawiać z każdym: prostym rolnikiem, artystką z Wrocławia: zagrać z dzieckiem w „Piotrusia” czy opowiedzieć mu bajkę) o nienagannych manierach, wysokim wykształceniu, umiała piec, gotować, szyć i znała się na uprawianiu ziemi.

W murach naszej szkoły zostawiła część swojego życia i serca. Pani Starostka była wymagającą polonistką, ale wymagała przede wszystkim od siebie i sama świeciła przykładem. Zarażała swoich uczniów miłością do literatury i sztuki, przygotowywała z nimi wieczorki poetyckie, organizowała różnorodne konkursy czytelnicze, plastyczne.

Prowadziła też bibliotekę, sama katalogowała zbiory, uzupełniała je ”zdobywała” nowe ( nawet odkupując od innych książki po nieco wyższej cenie).

Miała niezłomny charakter – nigdy nie bała się mówić prawdy ( często mówiła ja komuś prosto w oczy, bez ogródek. Oj, bolało, bolało i nieraz nam dzieciakom z podwórka po policzku spływała łza, ale z biegiem czasu przyznawaliśmy naszej sąsiadce rację.

Na lekcjach zabierała uczniów w niezwykłą podróż w przeszłość, dzieci poznawały te prawdziwe dzieje Polski, uczyły się patriotyzmu, poszanowania i pielęgnowania tradycji naszych Ojców. Pani Kazimiera doskonale zdawała sobie sprawę z tego, ze historia to bardzo zakłamany przedmiot, ale była zdania, iż pewnych spraw nie można przemilczeć.

Kiedy przyszła do Luszowic „zakochała się bez pamięci” w szumiących lasach, zielonych łąkach, falujących łanach zbóż, kwitnących chabrach i makach. Zachęcała swoich podopiecznych do obserwacji niezwykłego świata fauny i flory. Wędrówki i lekcje w terenie owocowały później (w zeszytach wychowanków) pięknymi opisami wschodu słońca, ogrodu, pól jesienią (kajety nie mogły mieć „oślich uszu”, a pismo musiało być staranne. Pani Starostka prowadziła lekcje kaligrafii). Założyła także działkę szkolną, o którą dbała sama, pracując na niej do późnych godzin wieczornych (zdarzało jej się nawet wstawać i o trzeciej w nocy, po to, by przed pójściem do pracy spokojnie wszystkiego doglądnąć).

Każdy z Was jest wyjątkowy…

Pani Starostka poświęcała się pracy z młodzieżą bezgranicznie. Była doskonałym psychologiem, potrafiła wejrzeć w najskrytsze zakamarki duszy ucznia, „po oczach” szybko poznawała, że kłamie lub ma coś na sumieniu. Dawała reprymendy i wyciągała konsekwencje, ale nigdy nie przekreślała, nie potępiała, każdy zasługiwał u niej na kolejną szansę.

Ze szczególna troską pochylała się nad dzieckiem zaniedbanym, chorym, słabym (tym, któremu Bóg dał mniejsze zdolności), biednym (wielu osobom pomagała materialnie, dzieliła się wszystkim, co miała, czasem sama z tego powodu nie dojadała). Często odwiedzała takich uczniów w domach, próbowała rozmawiać z rodzicami ( nie zawsze ją rozumieli) i zmienić chociaż trochę ich podejście do pewnych spraw. Pani Stanisława Ogorzelec powiedziała mi, że pani Kazimiera bardzo denerwowała się, gdy słyszała od kogoś słowa: „Szkoda zachodu, z niego i tak nic nie będzie”. Tak mocno wierzyła w swoich wychowanków!

A oni? Myślę, ze nie zawiedli. Znam ich wielu. Wyrośli na wspaniałych ludzi. Po latach przychodzili do swojej nauczycielki (jak ona się cieszyła!), , by ja odwiedzić, porozmawiać, podziękować za to, ze nauczyła ich życia, wpoiła pewne wartości, włożyła tyle trudu w ukształtowanie charakteru młodego człowieka (chociaż może to do nich nie od razu dotarło, czasem gdzieś w środku buntowali się i uważali swoją panią za zbyt surową). „Wiele bym dała, za jeszcze jedną lekcję z panią Starostką” – rozmarzyła się kiedyś w przypadkowej rozmowie jedna z jej uczennic – pani Elżbieta Luszowiecka.

Sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem

Gdy pani Starostka została kierowniczką szkoły (pełniła tę funkcję przez czternaście lat – od 1954 roku, aż do odejścia na zasłużoną emeryturę w 1968), Zycie naszej placówki, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jeszcze bardziej rozkwitło.

Wszystkim zajmowała się sama (nie miała ani sekretarki, ani księgowej) i robiła to na medal. Nie do końca doceniano jej pracę (z wiadomych względów – taka była sytuacja polityczna), ale ona nie dbała o nagrody i pochwały. Sumiennie wykonywała swoje obowiązki, a liczne kontrole i wizytacje (mimo usilnych starań „życzliwych”) nigdy nie wykazały żadnych nieprawidłowości.

Do swoich współpracowników, innych nauczycieli, starała się mieć duże zaufanie, omawiała z nimi ważne sprawy, szukała rady. Stwarzała miłą i serdeczną atmosferę. Nie nadużywała swej władzy, nie kierowała się stereotypami, uprzedzeniami, złośliwą uwagą.. Grono pedagogiczne mogło bez obawy zwracać się do niej z każdym problemem – zawsze umiała znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. Tak wspomina czasy jej rządów pani Teresa Zuziak (moja wychowawczyni): „Dużo jej zawdzięczam. Jako młoda nauczycielka nie miałam w pracy jeszcze dobrego rozeznania, więc służyła mi ogromną życzliwością i pomocą. Harcerstwo, które prowadziłam działało bardzo prężnie. Drużyna otrzymywała wyróżnienia za postawę i umundurowanie”.

Przyjaźń


Centrum życia bohaterki tego artykułu stanowiła Eucharystia. Nie wyobrażała sobie dnia bez spotkania z Jezusem w tabernakulum. Bez względu na pogodę, spieszyła na Mszę świętą, stąd czerpała siły. Chrystus był dla niej Kimś wyjątkowym, prawdziwym przyjacielem, którego nie zdradziła, mimo trudnych czasów PRL-u (nie pozwoliła usunąć krzyży ze szkoły). Żyła wiarą na co dzień, niezrażona komentarzami i donosami.

„Bardzo religijna” – wspomina pani Sabina Laskowska, której wychowawczynią pani Starostka była od drugiej do ósmej klasy. „W każdy poniedziałek, rozliczała nas z obecności w kościele w niedzielę, zwracała uwagę na to, jak zachowujemy się Domu Bożym. Dbała o naszą moralność”. Później, w czasie choroby, wyjazdy w Dzień Pański do świątyni (naszym maluchem) stawały się prawdziwymi wyprawami. Pamiętam, że pani Starostka wkładała w nie wiele wysiłku. Samo zejście po schodach zajmowało jej czasem czterdzieści pięć minut (gdy już nie mogła słuchała Mszy świętej radiowej, odmawiała koronkę do Bożego Miłosierdzia, czytała Pismo Święte, medytowała. Wiedzieliśmy o tym i w tych godzinach do niej nie przychodziliśmy, wtedy rozmawiała z Bogiem).

Z wielką radością i wzruszeniem witała w swoich progach każdego odwiedzającego ją Kapłana (sama miała brata księdza. Ks. dr Jan Starostka pracował w Anglii).

U kresu życia bardzo cierpiała, ale uśmiech nie znikał z jej twarzy, znosiła wszystko z wielkim spokojem i pokorą, tylko w oczach można było dostrzec ból. Starała się nie sprawiać swoją osobą kłopotu. Nie rezygnowała ze swoich przyzwyczajeń. Czuwając przy jej łóżku, odmawiałam z nią ulubione modlitwy, opowiadałam o szkole, czytałam książki. Ostatnią z nich były „Dzienniki” Stefana Żeromskiego. Dobrnęłyśmy do 61 strony. Odeszła cicho, tak jak żyła, po nagrodę do Pana w październikową noc 1998 roku.

Kiedy pani Starostka wymagała już całodobowej opieki, przeciągnęliśmy kabel z naszego mieszkania do jej kawalerki. Ilekroć czegoś potrzebowała, u nas rozlegał się dzwonek.

Ten dzwonek po jej śmierci jeszcze długo dźwięczał mi w uszach, do tego stopnia, iż czasami w środku nocy zdarzało mi się zrywać z łóżka i biec do pustego mieszkania. Wydawało mi się, iż moja sąsiadka potrzebuje pomocy. Byłam z nią bardzo związana, miała ogromny wpływ na moje życie. Cieszę się, że spotkałam ją na swojej drodze. Pozostanie w mej pamięci i sercu na zawsze.

Dziękuję Pani za wszystko!

Maria Nowak